Ta jedna różnica konstrukcyjna niesie za sobą potężne konsekwencje użytkowe i logistyczne, o których przy licie mogliśmy tylko pomarzyć. Przede wszystkim to absolutny przełom w transporcie. Ogniwa sodowe można na czas wysyłki całkowicie rozładować i zmostkować do poziomu zero woltów. W takim stanie akumulator ma zerową energię chemiczną, co oznacza, że staje się w stu procentach bezpieczny. Nawet jeśli paczka zostanie zmiażdżona, zalana wodą czy przewiercona na wylot, nie ma prawa dojść do samozapłonu ani wybuchu. Zdejmuje to ogromny stres z firm spedycyjnych i magazynów.
Dla końcowego użytkownika to z kolei potężny margines błędu. Klasyczny lit pozostawiony bez nadzoru na rok czy dwa może przez samorozładowanie spaść poniżej progu odcięcia i po prostu nadawać się na złom. Sód może leżeć rozładowany do zera przez bardzo długi czas, a po ponownym podłączeniu zasilania wraca do pełnej sprawności. Oczywiście w codziennej eksploatacji systemy BMS i tak będą pilnować dolnego progu, żeby zachować optymalną sprawność ładowania, ale w przypadku awarii elektroniki czy pozostawienia włączonych odbiorników użytkownik nie niszczy banku energii kosztującego grube tysiące złotych. Sód po prostu wybacza takie błędy.
Pod względem odporności na głębokie rozładowanie akumulatory sodowe przypominają stare, pancerne technologie niklowo-kadmowe, oferując jednocześnie gęstość energii i sprawność na współczesnym poziomie. Choć LiFePO4 wciąż wygrywa dziś dojrzałością rynkową i gęstością energii, to odporność ogniw sodowych na mrozy oraz brak strachu przed zerem woltów sprawiają, że na naszych oczach wyrasta dla litu potężny konkurent, zwłaszcza w stacjonarnych magazynach energii i ciężkich zastosowaniach przemysłowych.
